Czasem muzyka potrafi ożywić przeszłość. Tak było w przypadku ostatniego albumu Queen — „Made In Heaven”, który stał się nie tylko hołdem, ale i pożegnaniem z Freddiem Mercurym. Dla Briana Maya, gitarzysty zespołu, proces tworzenia tej płyty był jak rozmowa z nieobecnym przyjacielem. Jakby Freddie nadal tam był — w studiu, obok niego, z gitarą i nieśmiertelnym uśmiechem.
Płyta, która zamknęła epokę
„Made In Heaven” ukazało się w 1995 roku, cztery lata po śmierci Mercury’ego. Album zawierał utwory nagrane przez wokalistę w jego ostatnich miesiącach życia — między leczeniem a pogarszającym się stanem zdrowia. Brian May opowiadał, że podczas pracy nad tymi utworami czuł, jakby Freddie był obecny w studiu. I nie chodziło o smutek — raczej o radość, o niewidzialną obecność dawnego przyjaciela.
„A Winter’s Tale” — ostatnia piosenka Freddiego
Szczególne miejsce na albumie zajmuje utwór „A Winter’s Tale”. To ostatnia piosenka, jaką Freddie napisał samodzielnie. Powstała nad jeziorem Genewskim, w domu zwanym „The Duck House”. Co zaskakujące — utwór nie jest melancholijny. Mówi o pięknie życia, przyrody i chwili. Mercury wiedział, że umiera, a mimo to napisał coś… pogodnego.
Brian May, który dogrywał partię gitary już po śmierci przyjaciela, wspominał, że czuł się, jakby znów byli razem w Montreux. Czas się cofnął. Dźwięk i emocje stały się wehikułem wspomnień.
Trudna radość
May przyznał, że praca nad tym albumem była dla niego mieszanką bólu i radości. Z jednej strony słyszał głos chorego przyjaciela, z drugiej — czuł moc ich wspólnej pasji. Niektóre momenty sprawiały, że łzy same napływały do oczu. Ale jak powiedział — „te chwile są bezcenne”.
Freddie Mercury — obecny nawet po śmierci
„Made In Heaven” to coś więcej niż płyta. To świadectwo więzi, jaka łączyła członków Queen. To dowód, że Freddie — choć fizycznie nieobecny — nadal był częścią zespołu. Jego duch inspirował, prowadził i nadawał sens pracy nad muzyką, która była ich życiem.
Epilog
Brian May powiedział kiedyś: „Freddie zostawił nam coś niesamowitego. Czasem słucham tych nagrań i mam wrażenie, że to najlepsze, co zrobiliśmy”. Trudno się z tym nie zgodzić. „Made In Heaven” to płyta pełna światła — nawet jeśli jej cień padał ze zgasłej gwiazdy.